Wspomnienia Wiesława Gierłowskiego

W czasie II wojny światowej Lida była jednym z najbardziej aktywnych ośrodków niepodległościowych w skali całego kraju. Tu działały wojewódzkie władze cywilne podziemnego państwa polskiego i dowództwo Okręgu Nowogródzkiego Armii Krajowej. W nawiązaniu do przedwojennej, lidzkiej lokalizacji 77 pułku piechoty większość oddziałów partyzanckich w Okręgu Nowogródzkim AK (nie tylko w powiecie lidzkim, lecz też nowogródzkim i szczuczyńskim) włączono w skład 77 pułku Armii Krajowej. Pod względem operacyjnym oddziały siły partyzanckie 77 pułku podzielone były na 4 ugrupowania:

  • Zgrupowanie Południe  – por. Józef Świda (ps. “Lech”), do 12 marca 1944 r., później mjr Maciej Kalenkiewicz (ps. “Kotwicz”) 1., 4. i 8. batalion 
  • Zgrupowanie Północ – por. Jan Borysewicz (ps. “Krysia”) 2. i 5. batalion
  • Zgrupowanie Wschód – kpt. Stanisław Dedelis (ps. “Pal”) 3. i 6. batalion 
  • Zgrupowanie Zachód – por. Jan Piwnik (ps. “Ponury”) do 16.06.1944. 7 batalion 

 Historia powstania i walk V batalionu jest przez Lidzian chyba najsłabiej znana spośród wszystkich ośmiu wchodzących w skład tego pułku, chociaż teren z którego wywodzili się jego żołnierze od zawsze przynależał do powiatu lidzkiego. Zarówno w I. i II. Rzeczypospolitej jak również w okresie zaboru rosyjskiego.

Batalion powstał na północnym skraju powiatu lidzkiego, w znacznym oddaleniu od Lidy, w drodze mobilizacji placówek konspiracyjnych w gminach Bieniakonie i Ejszyszki oraz w pewnym stopniu także gminy Werenów. Większość macierzystego obszaru V batalionu (w konspiracji noszącego kryptonim IRENA) została przez Niemców oddana pod zarząd litewski i obsadzona przez Litwinów licznymi oddziałami policyjnymi i paramilitarnymi. Od kwietnia 1944 teren batalionu był zagrożony także przez wysyłane z etnicznej Litwy formacje tak zwanej „Armii Plechaviciusa” (Lietuvos Vietine’ Rinktine’ – LVR). Jeden batalion LVR stacjonował w Ejszyszkach, a drugi w Solecznikach na sąsiadującym terenie powiatu wileńsko-trockiego.

Wielkim zagrożeniem, nie tylko dla formującego się batalionu ale i dla całej polskiej społeczności, było zgrupowanie partyzanckich brygad sowieckich w Puszczy Rudnickiej. Główny obóz tego zgrupowania na Wisińczy był ledwie parę kilometrów odległy od placówek batalionu. Nieustanne od 1942 r. rekwizycje, prowadzone z tego obozu, obejmowały nie tylko żywność i odzież, lecz także wyposażenie domów i były bezwzględne i brutalne. Posłuch wymuszano krwawym terrorem, jak na przykład we wsi Koniuchy, gdzie w niedzielę 29 stycznia 1944 r. zabito 43 mieszkańców, wielu zraniono, a zabudowania doszczętnie spalono.

Na terenie tworzącego się batalionu nie stacjonowały oddziały Wehrmachtu i nie istniały niemieckie instalacje wojskowe. Siłą rzeczy bieżące działania zbrojne skierowane były przeciw zagrożeniom litewskim i sowieckim. Mobilizacja batalionu wiosną 1944 przebiegała w toku przygotowań do ogólnopolskiej akcji BURZA, czyli wzmożonej dywersji na niemieckich tyłach w momencie zbliżania się frontu sowiecko-niemieckiego. Temu celowi była podporządkowana struktura organizacyjna (np. wyspecjalizowany oddział saperski) i szkolenie w oddziałach batalionu.

Przez teren V batalionu przebiegał po stronie zachodniej odcinek Traktu Marszałka Piłsudskiego (ważnej strategicznie szosy Wilno – Warszawa), a po stronie wschodniej szosa i kolej Wilno – Lida. Na tych trasach panował nieustanny ruch niemieckich pojazdów wojskowych.

Szkic strefy działania V batalionu 77 pułku AK

 Kadra oficerska batalionu wywodziła się w większości z przedwojennego garnizonu wileńskiego. Nie było oficerów z przedwojennych lidzkich pułków; ani z 77 pp. ani z 5 pl.

Dowódcą batalionu był artylerzysta z 1 pal w Wilnie, kapitan dyplomowany Stanisław Truszkowski, pseudonim SZTREMER, awansowany 2 lipca 1944 r. do stopnia majora, tuż przed przekazaniem batalionu pod dowództwo kpt. Bolesława Wasilewskiego BUSTROMIAKA. Kapitan BUSTROMIAK, znakomity specjalista od broni strzeleckiej piechoty, wcześniej szef wywiadu Okręgu Nowogródzkiego AK, faktycznie objął dowództwo V batalionu 10 lipca 1944 r. już po naszej najważniejszej akcji bojowej – uderzeniu na Wilno w trakcie operacji OSTRA BRAMA. W tej operacji batalionem dowodził kpt. Jan Bobin KALINA dowódca 3. kompanii.

Szkoleniem wojskowym przyszłych partyzantów, w większości przedwojennej młodzieży gimnazjalnej, kierował por. Stanisław Szabunia LICHO. Po rozwiązaniu batalionu wskutek sowieckich działań w lipcu 1944 r. LICHO dowodził działaniem podziemia antyradzieckiego na naszym terenie do kwietnia 1945 r.

Bardzo ważną rolę odegrał por. Czesław Olesza COL kwatermistrz batalionu. Na terenie zupełnie pozbawionym przemysłu, ze skromnym liczebnie rzemiosłem i handlem oraz rozdrobionym rolnictwem, zdołał stworzyć system zaopatrzenia w broń, sprzęt, umundurowanie i wyżywienie dla prawie 500. żołnierzy w oddziałach strzeleckich i saperskich. System niewymagający nadmiernego obciążenia, niewielkiej liczebnie ludności (około 24 tysiące mieszkańców na całym terenie), kosztami prowadzonej walki zbrojnej. Przez odcięcie dostępu władzom okupacyjnym do terenu poza miastami, gospodarstwa rolne na naszym obszarze działania już w roku 1943. zostały uwolnione od realizacji kontyngentów zbóż i żywca  na rzecz okupanta, a daniny dla Armii Krajowej były o tych kontyngentów wyraźnie mniejsze.

Powstawanie placówek konspiracyjnych

Większość konspiracyjnych placówek zbrojnych powstawała na naszym terenie samorzutnie, już od jesieni 1941 r. jako samoobrona przed represjami litewskiej policji z jednej strony jak i grabieżą dokonywaną przez uzbrojone grupy sowieckie, składające się ze zbiegłych jeńców i uciekinierów z getta wileńskiego. Na szczęście w terenie zachowały się spore ilości broni porzuconej przez Armię Czerwoną w pierwszych dniach wojny z Niemcami co zapewniło lokalnym grupom rzeczywisty potencjał w dziedzinie odstraszania przeciwnika. Stopniowo lokalna samoobrona ze wsi i okolic szlacheckich była włączana w struktury polskiego państwa podziemnego i objęła blisko 100% terenu V batalionu. Jedynie w zachodniej części gminy Ejszyszki poza konspiracyjną siecią akowską pozostało kilka litewskich wsi.

W latach 1942/43 uczestnicy samoobrony byli zaprzysięgani i włączani w skład trzech kompanii konspiracyjnych o kryptonimach: SOLCZA, ŻYŻMA i PUSZCZA. Kompaniami dowodzili młodzi przedwojenni oficerowie, plutonami podchorążowie, a wobec braku podoficerów zorganizowano, pod dowództwem por. LICHO, Szkołę Młodszych Dowódców z której wywodzili się późniejsi drużynowi we wszystkich kompaniach.

W placówkach konspiracyjnych, obejmujących jedną lub kilka sąsiadujących miejscowości, a liczących od kilku do kilkunastu zaprzysiężonych żołnierzy, prowadzono szkolenie wojskowe (naukę o broni, terminologię, organizację wojska polskiego itp.) i akcje dywersyjne oraz wywłaszczeniowe. W akcjach przeciw okupantowi z reguły stosowany był kamuflaż, przy użyciu sowieckich odznak i języka rosyjskiego, w celu ochrony polskiej ludności przed represjami odwetowymi ze strony litewskiej lub niemieckiej.

Bardzo trudnym było zapobieganie grabieży i terrorowi ze strony ugrupowania sowieckiego z Puszczy Rudnickiej. Niewielkie placówki akowskie nie mogły na miejscu rekwizycji stawić czoła zdeterminowanym i dobrze uzbrojonym patrolom rekwizycyjnym, liczącym zwykle 30 do 50 osób, działającym z zaskoczenia. Patrole takie w ciągu dnia zakradały się pieszo w pobliże upatrzonej miejscowości; wieczorem ją okrążały, a po sterroryzowaniu mieszkańców dokonywały zaboru bez oglądania się na zniszczenie podstaw bytu rodzin. Mienie ładowano czym prędzej na wozy obrabowanych (lub sanie) i wywożono nocą na Wisińczę, gdzie mieścił się główny sowiecki obóz. Wozy i konie wracały zwykle po dwóch dniach. Zapobieganie polegało więc na obserwacji dojść do poszczególnych miejscowości i ostrzelaniu z ukrycia zauważonych patroli. Zwykle skutkowało to odstąpieniem od zamierzonej rekwizycji. Niekiedy jednak dochodziło do przy tej okazji do wymiany ognia i strat wśród kolegów.

Osobiście ucierpiałem w takiej akcji 4 marca 1944 r. postrzałem w kolano (na szczęcie tylko niewielkim wyszczerbieniem rzepki), groźnym jednak w warunkach braku pomocy lekarskiej. Nogę uratował mi zaprzysiężony w AK felczer Józef Butrym z Kowańc – znakomity chirurg wojskowy z doświadczeniem I wojny światowej w armii carskiej. Byłem jednym z wielu uratowanych przez niego przed trwałym kalectwem. Józef Butrym wraz ze swoimi trzema córkami (Aleksandrą, Ireną i Jadwigą) oraz synem Henrykiem należał do placówki konspiracyjnej Jodkiszki.

Placówka w Jodkiszkach obejmowała kilka sąsiadujących miejscowości przy trasie kolejowej i szosowej z Wilna do Lidy, pomiędzy miasteczkami Bieniakonie i Werenów. Był to teren osadnictwa wojskowego, nadany uczestnikom wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. Wszystkich mieszkańców zaskoczonych pierwszą wywózką do północ ZSRR 10 lutego 1940 r. deportowano, ale młodzież ucząca się w szkołach (głównie w Wilnie, władanym wtedy przez Litwę) ocalała. Część rodzin, które zdołały w porę ukryć się, powróciła do Jodkiszek po wkroczeniu Niemców w czerwcu 1941 r. w komplecie. Gromadzenie porzuconej broni i tworzenie samoobrony było tu traktowane jako równie oczywiste z odbudową gospodarstw po kołchozowym epizodzie. Rok później wchodziliśmy w konspiracyjne struktury Armii Krajowej jako grupa nieźle uzbrojona i zapoznana z bronią. Planowe szkolenie wojskowe przechodziliśmy pod kierunkiem por. LICHO.

Po wyjściu V batalionu w pole wiosną 1944 r. wszyscy zaprzysiężeni żołnierze z Jodkiszek weszli w jego skład, a trzech z nas zostało drużynowymi. Niestety wcześniej polegli: Mieczysław Sobierański KONCZAR w potyczce z sowietami i Stanisław Kłoś WALTER w trakcie walki z Litwinami o zameczek Gojcieniszki.

Epizod we wsi Lubarty

Zimą 1943/4 zostałem skierowany przez dowództwo batalionu na placówkę we wsi Lubarty, położonej na obrzeżu naszego terenu w odległości 8 km od sowieckiego obozu na Wisińczy. Była to duża wieś, ulicówka, o zwartej zabudowie i przez to stanowiła atrakcyjny cel sowieckich akcji rekwizycyjnych, bo rekwizycja pozwalała pobrać mienie z wielu gospodarstw naraz.

O istnieniu w Lubartach akowskiej uzbrojonej placówki partyzanci sowieccy byli dobrze poinformowani. We wsi mieszkała ich zaufana, deputatka do Rady Najwyższej Republiki Białoruskiej z lat 1939-41 nazwiskiem WOJTKIEWICZOWA i jej zięć KRUPOWICZ, sowiecki konfident (ich imiona nie zachowały się w mej pamięci). Przez styczeń 1944 r. akcji przeciw Lubartom nie podjęto. Dwa dni po spaleniu i wymordowaniu sąsiadujących Koniuch (co miało miejsce w niedzielę 29 stycznia przy udziale około 300 napastników) do domu Wojtkiewiczowej przybyli reprezentanci sowieccy z Wisińczy z ultimatum: albo w ciągu trzech dni oddamy posiadaną broń, albo spalą całą wieś a opornych wystrzelają.

Nie dysponując liczącymi się środkami obrony (tylko ośmiu zaprzysiężonych żołnierzy  i kilka karabinów), ani możliwością pomocy innych placówek AK i uwzględniając zagrożenie dla ludności i mienia, zmuszeni byliśmy użyć wybiegu. U Wojtkiewiczowej złożyliśmy kilka uszkodzonych sztuk broni o czym zawiadomiliśmy sąsiadującą placówkę AK. Następnej nocy nasi koledzy broń od Wojtkiewiczowej odebrali. Taki wybieg uchronił Lubarty od spalenia, lecz nie od totalnego rabunku dokonanego w tydzień później.

Ochrona terenu przyległego do Puszczy Rudnickiej

Dopiero powołanie pod broń całego batalionu pod koniec marca 1944 r. i ustanowienie stałej załogi AK w dworze Rakliszki nad rzeką Solczą, tuż obok sowieckiego obozu na Wisińczy zablokowało zagrożenie z tej strony. Solcza stała się nieformalną, ale ściśle przestrzeganą granicą stref działania: strona północna sowiecka, południowa nasza. Od maja 1944 r. we wszystkich większych wsiach  graniczących z Puszczą Rudnicką (Podborze, Strzelce, Raściuny) stacjonowały kompanie V batalionu. Każde pojawienie się sowieckich patroli wywoływało naszą reakcję zbrojną.

Zapamiętałem charakterystyczne zdarzenie z niedzieli w końcu czerwca 1944. Trzecia kompania stacjonująca wówczas w Raściunach zaprosiła na ten dzień rodziny swych żołnierzy na uroczystą mszę i wspólny obiad. Nagle w samo południe wpadł goniec z wiadomością, że sowieci napadli na młyn, odległy o 6 km od Raściun i mielą tam przywiezione ziarno. Ten niewielki młyn nad rzeczką Kukawką leżał w strefie lasów Puszczy Rudnickiej około 5 km od sowieckiego obozu, jednak na południe od Solczy, a więc na terenie przez nas chronionym. Nasz 3. pluton prosto sprzed polowego ołtarza poderwano rozkazem do akcji. Po godzinie forsownego marszu ostrzelaliśmy Rosjan i wypędziliśmy z młyna. Mąkę i kasze pozostawiliśmy młynarzowi a sami skorzystaliśmy z gorącego posiłku w postaci smażonych ryb, które sowieci wcześniej wyłowili z młynowego stawu. Na stole była nawet samogonka przez nich pozostawiona (wtedy spróbowałem jej poraz pierwszy w życiu).

W parę dni później – 1 lipca 1944 r. nasza kompania osłaniała pertraktacje dowódcy połączonych okręgów AK wileńskiego i nowogródzkiego płk Aleksandra Krzyżanowskiego WILKA z dowództwem sowieckim z Puszczy Rudnickiej na moście nad Solczą.  Miały one uregulować zasady współdziałania polsko-radzieckiego na naszym terenie. Niestety spełzło to na niczym, a kilkanaście dni później, po sowieckich próbach rozbrojenia i internowania pod Wilnem, zamieniliśmy się miejscami: my na rojstach Puszczy Rudnickiej, a sowieci w terenie zaludnionym.

mapka rozmieszczenie placówek polskich i sowieckich w rejonie Puszczy Rudnickiej

V batalion 77 pp. AK po mobilizacji

Powstawanie i aktywność bojową oddziałów V batalionu opisał obszernie jego były dowódca Stanisław Truszkowski SZTREMER  już w roku 1968 publikując w wydawnictwie PAX książkę PARTYZANCKIE WSPOMNIENIA . Książka z racji czasu jej wydania ma zasadniczy mankament: ukrywa charakter i skalę konfliktu ze zbrojnym ugrupowaniem sowieckim, choć był to na co dzień najtrudniejszy problem i dla żołnierzy AK i dla miejscowej ludności (prawie w 100% polskiej).

W przeciwieństwie do problematyki działalności konspiracyjnej, która dla naszego terenu nadal nie ma opracowania historycznego, walki regularnych oddziałów V batalionu przedstawione są w bardzo wielu współczesnych publikacjach drukowanych i na portalach internetowych. We wszystkich opisach historii walk batalionu, bardzo krótkiej, bo liczącej ledwie 105 dni (według mnie trzeba ją liczyć od zajęcia miasteczka Bieniakonie 4 kwietnia do rozwiązania batalionu 19 lipca w Puszczy Rudnickiej) zdarzają się błędy i luki warte uzupełnienia. Nie da się ich jednak podjąć w tekście wspomnieniowym, z natury rzeczy osobistym, po 70. latach od zdarzeń.

Faktem jest, że kompanie V batalionu uwolniły cały wiejski teren swego działania od załóg litewskich i niemieckich, a ośrodki miejskie (Bieniakonie i Ejszyszki) zajmowały czasowo. Penetracja polityczna, rekwizycje i akty terroru ze strony silnego ugrupowania sowieckiego zostały wiosną 1944 powstrzymane. Nic nie zdołały wskórać nowopowstałe wiosną 1944 litewskie bataliony Plechawiciusa poza oddaniem w nasze ręce nowiutkiej francuskiej broni strzeleckiej, z reguły traconej w potyczkach z naszymi oddziałami.

Za główne zadanie nowopowstałego batalionu dowództwo uznało nie doraźne potyczki z okupantami, lecz systematyczne dozbrajanie i  powiększanie liczebne kompanii strzeleckich i saperskiej oraz szkolenie bojowe żołnierzy do walk w większych ugrupowaniach, przewidzianych akcją BURZA. Utworzono służbę kwatermistrzowską z siecią tajnych magazynów i pracowni usługowych (szewskich, krawieckich i rusznikarskich). W końcu czerwca 1944 żołnierze otrzymali jednolite letnie mundury koloru khaki uszyte we własnych, zakonspirowanych pracowniach. Powstały też drużyny zwiadu konnego i kolarskiego, a nawet patrol żandarmerii.

W dniu 2 lipca 1944 r. batalion w pełnym składzie zaprezentował się dowództwu połączonych Okręgów Wileńskiego i Nowogródzkiego Armii Krajowej na przeglądzie pod wsią Raściuny, w rejonie styku z terenem zajmowanym przez partyzantów sowieckich. Wizytowali nas wtedy ze swoimi sztabami:

  • płk Aleksander Krzyżanowski WILK, dowódca połączonych Okręgów
  • ppłk Janusz Szlaski BORSUK, ustępujący dowódca Okręgu Nowogródzkiego
  • ppłk „cichociemny” Adam Szydłowski POLESZUK, nowy dowódca Okręgu Nowogródzkiego.

Na rozległej łące pomiędzy wsiami Raściuny i Strzelce wystąpiły:

3 kompanie strzeleckie                       340 żołnierzy

półkompania saperów                          50 żołnierzy

zwiad konny                                             10 żołnierzy

zwiad kolarski                                         20 żołnierzy

pluton kozacki                                        12 żołnierzy

służby gospodarcze i medyczne        24 żołnierzy

Razem                                                  456 żołnierzy

W konspiracyjnych placówkach batalionu pozostało jeszcze ponad 500 zaprzysiężonych żołnierzy, przeważnie nieuzbrojonych, lecz wykonujących w polskim państwie podziemnym ważne i niezbędne zadania. Jak na niezbyt gęsto zaludniony teren wiejski (w sumie około 24.000 mieszkańców) wystawienie prawie tysiąca żołnierzy było osiągnięciem imponującym.

W pododdziałach V batalionu niewielu żołnierzy pochodziło z samej Lidy. Poza mną, w tym samym 3. plutonie, 3. kompanii służył Tadeusz Kupis WYRWA, z którym wcześniej chodziliśmy do tej samej szkoły powszechnej nr 5 POD ZAMKIEM.

Płk Aleksander Krzyżanowski, używający w okresie planu BURZA pseudonimu GENERAŁ WILK ocenił wyszkolenie i uzbrojenie batalionu jako bardzo dobre (rkm w każdej drużynie, wiele pistoletów maszynowych i granatów, pistolety obok broni długiej itp.) i ogłosił awans dowódcy batalionu Stanisława Truszkowskiego SZTREMERA  ze stopnia kapitana na majora. Równocześnie poinformował o odwołaniu go z dowództwa batalionu i zastąpieniu nowym dowódcą kpt. Bolesławem Wasilewskim BUSTROMIAKIEM, dotychczasowym szefem wywiadu Okręgu Nowogródzkiego AK. Awanse uzyskali też oficerowie, dowódcy wszystkich kompanii, a podchorążowie, dowódcy plutonów – nominacje na podporuczników.

GENERAŁ WILK zapowiedział, że w najbliższych dniach przystąpimy do wielkiej operacji mającej na celu usunięcie okupanta z naszych ziem. Następnego dnia, 3 lipca 1944 r. ogłoszono rozkaz realizacji planu BURZA do którego gotowaliśmy się przez 3 lata pracy w podziemiu i kilka miesięcy walk w polu..

Zmiany w dowództwie V batalionu

Zadanie jakie nam przypadło było zaskakujące. Mieliśmy odstąpić od znanych nam i od początku planowanych celów lokalnych i wraz ze wszystkimi oddziałami AK z Okręgu Wileńskiego i Nowogródzkiego uderzyć na Wilno.

Wcześniej jednak, zaraz po objęciu funkcji w dniu 2 lipca 1944 r. nowy dowódca batalionu kpt. BUSTROMIAK, zdecydował o odkomenderowaniu 1. kompanii i półkompanii saperów i udał się na ich czele na południe, w stronę Lidy.

Poprzedni dowódca mjr SZTREMER w asyście zwiadu kolarskiego i kpr. WYRWY udał się na wschód w celu przekroczenia frontu niemiecko-sowieckiego. W swojej książce wspomnieniowej z roku 1968 mjr SZTREMER powołuje się na tajny rozkaz GENERAŁA WILKA w sprawie uzgodnienia działań wileńskiego AK z dowództwem sowieckim II Frontu Białoruskiego. Po przekroczeniu frontu do żadnych uzgodnień nie doszło i nie jest pewne , czy w ogóle takie próby były podejmowane. W trakcie moich licznych powojennych spotkań z nimi, ani mjr SZTREMER ani kpr. WYRWA nigdy nie chcieli mówić na ten temat. W końcu trafili do łagru w Riazaniu gdzie osadzono większość oficerów wileńskiego AK.

W zastępstwie nieobecnego kpt. BUSTROMIAKA dowodzenie siłami batalionu w operacji wileńskiej przejął kpt. Jan Bobin KALINA dowódca mojej macierzystej 3. kompanii.

Przemarsz V batalionu pod Wilno w operacji OSTRA BRAMA

Kiedy w godzinach przedwieczornych 3 lipca 1944 r. rozpoczynaliśmy swój udział w operacji OSTRA BRAMA oddziały V baonu 77 pp. AK znajdowały się pod Raściunami w niewielkiej odległości (45 km) od Wilna, dokładnie na południe od celu operacji. Pomiędzy nami a Wilnem rozciągała się jednak Puszcza Rudnicka, zajęta przez sowieckie brygady partyzanckie, którą musieliśmy obejść szerokim łukiem. Wyruszyliśmy więc nie na północ a w kierunku południowo-wschodnim, aby ominąć także niemieckie posterunki na linii Lida – Wilno, w Bieniakoniach i Solecznikach.

W skrytym nocnym marszu, bez taborów, przecięliśmy tory kolejowe i ruchliwą szosę Lida – Wilno w Jodkiszkach (tuż obok mojej rodzinnej zagrody, ale z zakazem kontaktu z rodziną) w punkcie odległym od Wilna o 60 km i po dalszych 10 km marszu zalegliśmy na noc koło Konwaliszek. Ta noc, podczas której przez 40 km musieliśmy po bezdrożach dźwigać na własnych barkach nie tylko broń, lecz i cały zapas amunicji była przedsmakiem kolejnych.

Następnego dnia ruszyliśmy wczesnym popołudniem, marszem ubezpieczonym w kierunku północnym, nadal bezdrożami, starannie unikając kontaktu z licznymi oddziałami niemieckimi cofającymi się ze wschodu na zachód na bezpośrednim zapleczu frontu. Kontakt bojowy na tak długim dystansie był nieunikniony choć ograniczony do potyczek patroli. W nocy zdołaliśmy przeciąć  główną drogę odwrotową Niemców w tym rejonie, szosę z Oszmiany na Wilno wykorzystując przerwy w przejazdach wielkich jednostek niemieckich. To był naprawdę trudny przemarsz ponad 60 km po bezdrożach z ciężkim ładunkiem na własnych barkach, w połowie pod palącym słońcem, a potem w ciemnościach nocy. Przed północą w miasteczku Rudomino  nawiązaliśmy kontakt z III batalionem naszego pułku, w części przemieszczającym się z użyciem zdobycznych ciężarówek. Pod koniec nocy wyprzedziła nas także zmotoryzowana część 3. brygady wileńskiej SZCZERBCA. Tak więc zajmowanie pozycji wyjściowych do ataku na Wilno większość oddziałów AK nie było dla Niemców niespodzianką.

Na dzień 6 lipca zalegliśmy w lesie koło wsi Wielkie Sioło . Całodzienny wypoczynek w lesie pomiędzy dwiema głównymi drogami odwrotowymi Niemców – szosą oszmiańską od południa i Czarnym Traktem od północy, oddalonymi po półtora kilometra od naszego miejsca postoju, pozwalał na obserwację licznych oddziałów niemieckich cofających się do Wilna. O zmroku ruszyliśmy w na pozycję wyjściową do ataku na Wilno w miejscowości Dwór Czarna. Pozycję tę osiągnęliśmy przed północą 6/7 lipca.

Około godziny 2,00 już 7 lipca 1944 r. kpt. KALINA wysłał mnie wraz ze strzelcem TECZKĄ  na zwiad w miejsce gdzie brukowany Czarny Trakt od południowego wschodu wchodził do podmiejskiego wileńskiego osiedla – Góry.

Zajęliśmy pozycję obserwacyjną pod przepustem z Czarnego Traktu na drogę do Kolonii Kolejowej. Była to doskonała kryjówka w rurze z betonowych kręgów. Po 30 minutach obserwacji nad naszymi głowami przetoczyło się około 20 wozów parokonnych niemieckiego taboru. Tabor zatrzymał się tuż za nami w pierwszych domach Gór. Wysłałem do batalionu strzelca TECZKĘ z odpowiednim meldunkiem, a sam pozostałem na stanowisku obserwacyjnym. Najbliższe wozy niemieckie (solidne, wojskowe) były ode mnie w odległości kilkunastu metrów, coraz lepiej widoczne po świcie dnia. Słyszałem też rozmowy niemieckich żołnierzy, w części prowadzone po rosyjsku. Poili oni i karmili konie nie spodziewając się obecności nieprzyjaciela tuż obok.

 Nikt nie odwołał mnie ze stanowiska obserwacyjnego do momentu uderzenia.

 Uderzenie na Wilno

O świcie, zapewne kilkanaście minut po godzinie trzeciej, usłyszałem najpierw szelest marszu kilkuset  naszych żołnierzy po trawiastym stoku od Dworu Czarna do Gór (w rzeczywistości położonych w dolinie), a w ostatniej chwili przed uderzeniem głośny okrzyk  hurra . Wystrzeliłem kilkukrotnie z mojej „diesiatistriełki” do obsady najbliższego wozu, jak się wydaje skutecznie, bo wszyscy trzej żołnierze z tego wozu polegli. Nie wiadomo czy na pewno od mojej broni,  strzelało bowiem wielu atakujących kolegów. Byli to żołnierze UBK (III baon 77 pułku AK) prowadzący natarcie od strony południowej i dalej po osi Czarnego Traktu w kierunku bunkrów blokujących drogę w stronę dworca kolejowego i Ostrej Bramy. Potyczka z niemieckim taborem trwała ledwie kilka minut, większość Niemców z taboru zdołała uciec w stronę centrum miasta nie podejmując walki. UBK szybko przeskoczył osiedle Góry, lecz u jego wylotu natknął się na linię silnie obsadzonych bunkrów i zaległ pod niemieckim ogniem.

Dwie kompanie mojego V batalionu uderzały równolegle, na lewym skrzydle, nie natrafiając na opór przeciwnika przez co wyprzedziły UBK i dotarły w rejon osiedla Hrybiszki, już poza linią bunkrów niemieckich. Zostały na tej pozycji zatrzymane przez rozkaz dowództwa AK.

Dla mnie osobiście niespodziane znalezienie się poza własnym batalionem było kłopotliwe, choć w pewnym stopniu osłodzone zdobytym w taborze pistoletem P38 z amunicją. Wspólnie z żołnierzami UBK skorzystałem też z zapasów żywności na wozach i pozyskałem nową manierkę z zawartością.

Od rozpoczęcia przez nas przeglądu zdobytych wozów do pierwszego nalotu niemieckich samolotów na naszą pozycję upłynęło niecałe pół godziny, co nie może dziwić, bowiem do wojskowego lotniska Porubanek było mniej niż 5 km, a lotnisko to nie było atakowane. Równocześnie rozpoczął się ostrzał artyleryjski całego odcinka Czarnego Traktu opanowanego przez UBK w osiedlu Góry. Czoło natarcia znalazło się pod ogniem moździerzy i broni maszynowej z niemieckich bunkrów i atak został zastopowany. Do ognia nieustannych nalotów dołączył się pociąg pancerny kursujący na sąsiadującej z Górami trasie Wilno – Nowa Wilejka. Z nasypu kolejowego roztaczało się idealne pole widzenia na pozycje UBK w Górach. Pociski armatnie i serie karabinów maszynowych mierzone były z pociągu pomiędzy domy do wszelkich poruszających się celów.

Żołnierze UBK kryli się przed ogniem przy podmurówkach domów na całej kilkusetmetrowej długości osiedla. Pomiędzy domami biegały porzucone konie, zarówno zaprzęgowe jak i wierzchowe. Niemcy nie kontratakowali z bunkrów, lecz niszczyli polską formację bronią ciężką, której nie mieliśmy czym zwalczać. Intensywność ostrzału artyleryjskiego dobrze kierowanego przez nieprzyjacielskich obserwatorów była czymś zupełnie nowym dla partyzantów obeznanych dotąd głównie z ogniem broni strzeleckiej.

Uzyskawszy od oficerów informację o pozycji macierzystego V batalionu na lewo i nieco wprzód od atakowanych przez UBK bunkrów starałem się tam dotrzeć. Kryjąc się przed ostrzałem z pociągu i zalegając momentach kolejnych nalotów niemieckich samolotów szturmowych (powtarzanych co parę minut) dotarłem około godziny 7,00 prawie do krańca osiedla Góry. Zatrzymałem się obok opuszczonego pośrodku ulicy niewielkiego działka. Działko wraz z jaszczem było zaprzężone w jednego konia, ciężko rannego. Nikt z żołnierzy UBK nie interesował się losem porzuconej broni, tak rzadko trafiającej się w partyzanckim wojsku. Wobec tego postanowiłem się nim zająć. Zaglądnąłem do jaszcza, który okazał się pusty, a więc uznałem że trzeba działko wycofać w głąb naszych pozycji.

Najpierw złapałem jednego z wałęsających się koni (zapewne pociągowego, miejscowego – bez siodła i znającego polskie polecenia) i ukryłem go przed ogniem na ganku sąsiedniego domu. Następnie z największym trudem ściągnąłem uprząż z konia dogorywającego przy dziale.  Pod nękającym ogniem artyleryjskim zajęło mi prawie pół godziny. Bez niczyjej pomocy działko z jaszczem cofnąłem i odwróciłem dyszel, bo znaleziony koń wzdragał się podejść do umierającego. Potem poszło już łatwo – zaprzągłem konia w 5 minut i ruszyłem cwałem Czarnym Traktem w kierunku podstawy wyjściowej naszego ataku, znajdującej się poza zasięgiem ognia z pociągu.

Dokładnie w miejscu gdzie na początku akcji z ukrycia obserwowałem niemiecki tabor dostrzegłem  grupę oficerów AK, a wśród nich znanego mi z widzenia por. SABLEWSKIEGO, dowódcę UBK. Zatrzymałem się kilkanaście metrów o tej grupy żeby przekazać działko , które ode mnie przejęli żołnierze UBK.

W tym czasie, około godziny 8,00, mój macierzysty batalion wycofywał się już spod Hrybiszek polami pomiędzy Czarnym Traktem a szosą oszmiańską i akurat znajdował się w odległości pół kilometra od miejsca przekazania działka. Bez trudu więc dołączyłem do jego szeregów.

Odskok

Dwie kompanie V batalionu odchodziły spod Wilna na południe przez folwark Niemież nękane ostrzałem z broni pokładowej niemieckich messerschmittów i focke-wulfów. Ponowne przekroczenie oszmiańskiej szosy nastąpiło w samo południe, kiedy już ustał odwrotowy ruch niemieckich oddziałów. Z miasta wysyłane były patrole pojedynczych lekkich czołgów, lecz na niewielki dystans od głównej linii obrony Niemców. Nasze przejście przez szosę nastąpiło bez walki. O tej porze dnia ustały ataki lotnicze, bowiem Niemców związały walką myśliwce sowieckie. Na pogodnym niebie toczyło się jednocześnie kilkadziesiąt walk powietrznych – ze stopniową przewagą Rosjan. To był naprawdę imponujący cyrk powietrzny, niezwykle satysfakcjonujący, bo przemienił nas z celu ataków w obserwatorów.

W dalszym marszu na południe po dwóch godzinach dotarliśmy do dworu Szwajcary, gdzie był polski szpital polowy. W Szwajcarach nieco wcześniej wileńskie brygady AK uwolniły z niemieckiego konwoju wielką grupę jeńców, przeważnie sowieckich i włoskich. Zatrzymaliśmy się tu na odpoczynek by po pewnym czasie, właśnie tu, napotkać pierwszych zwiadowców Armii Czerwonej.

Przed wieczorem wyruszyliśmy do wyznaczonego przez dowództwo miejsca postoju na kilka najbliższych dni – wsi Jodziszki, położonej około 20 km na południowy wschód od Wilna.

Czas rozejmu

Nasze dwie kompanie, nadal pod dowództwem kpt. KALINY zakwaterowały się w południowej połowie Jodziszek. Północną zajął oddział sowiecki. Początkowo kontakty z „krasnoarmiejcami” były przyjazne, choć pełne rezerwy. Prowadziliśmy jednak rozmowy i uzyskiwaliśmy zdobyczną broń i amunicję w drodze handlu wymiennego.

Dziewiątego lipca miał miejsce niemiecki nalot w którym zginęło kilku żołnierzy sowieckich i zabite zostały ich konie taborowe. Następnego dnia oddział sowiecki opuścił Jodziszki, a jego miejsce zajął oddział akowski z Okręgu Wileńskiego.

W nocy 9/10 lipca przybył na nasze miejsce postoju dowódca batalionu  kpt. BUSTROMIAK a kilka godzin później kapelan, kwatermistrz, zwiad kolarski i I kompania. Pełniąc w nocy służbę podoficera dyżurnego osobiście przyjmowałem nieznanego wcześniej dowódcę batalionu i podziwiałem w jego rękach karabin snajperski. Był strzelcem wyborowym, uczestnikiem olimpiady w Berlinie.

Dwunastego lipca batalion przeszedł dalsze kilka kilometrów na południe, nad Mereczankę, zajmując 4 miejscowości: dwór Wilkiszki i wsie Wojcieszuny, Skwirańce i Górele. Moja III kompania ulokowała się w Górelach, najbardziej wysuniętych na wschód, obok sowieckiego lotniska polowego. Skorzystaliśmy z tego sąsiedztwa w niedzielę 16-go pozyskując różne rodzaje niemieckiej amunicji.

Czas konfliktu

W poniedziałek 17 lipca około godziny 15,00 wpadł do naszej kompanii konno (choć na oklep) mieszkaniec małej osady Bogusze, odległej od Góreli o 4 km, z wiadomością o aresztowaniu przez NKWD akowskich oficerów. Kpt. KALINA natychmiast wysłał o tym meldunek do batalionu, a plut. CZARNEGO (Bolesława Siemiątkowskiego, teraz wiceprezesa Klubu Kawalerów VM) i mnie oraz dwóch strzelców na patrol do Bogusz.

Jako pierwszy polski patrol dotarliśmy do domu w którym nastąpiło aresztowanie i uzyskawszy od przestraszonych gospodarzy dość chaotyczną relację o przebiegu zdarzenia, wróciliśmy z maksymalnym pośpiechem. Dowództwo batalionu już przed naszym powrotem zarządziło wymarsz do Puszczy Rudnickiej i z trudem zdążyliśmy dołączyć do swego oddziału przed wyruszeniem w drogę. Nie mniej  jeszcze w Górelach zdołaliśmy złożyć dowódcy batalionu  meldunek o przebiegu akcji sowieckiej w Boguszach. 

Od wschodniego skraju puszczy dzieliło nas zaledwie 12 km, lecz istotną przeszkodą były sowieckie oddziały zgrupowane w miasteczku i stacji kolejowej Jaszuny, które trzeba było obejść w nocnym marszu. Manewr ten powiódł się i już przed świtem batalion nasz zajął pozycję na zachód od Jaszun na skraju puszczy, przy piaszczystym trakcie wiodącym do Rudnik. W tym punkcie mijały nas inne bataliony 77 pułku AK uchodzące do puszczy pod ogólnym dowództwem mjr KOTWICZA (Macieja Kalenkiewicza).

Około godziny 9-ej 18 lipca do naszej pozycji dojechała długa kolumna Armii Czerwonej na nowych amerykańskich amfibiach, w części uzbrojonych w ckm-y. Kolumna ta zatrzymała się tuż przy stanowiskach naszego batalionu, rozmieszczonych wówczas po obydwu stronach traktu. Po krótkiej wymianie zdań z kpt. BUSTROMIAKIEM sowiecka kolumna ruszyła dalej w stronę Rudnik środkiem traktu, wyprzedzając żołnierzy AK maszerujących po obu stronach tej samej drogi. I krasnoarmiejcy i my mieliśmy broń w pogotowiu, choć od czasu do czasu wymienialiśmy pozornie przyjazne uwagi. W sumie wyprzedziło nas na trakcie 70 amfibii po sześciu żołnierzy – razem około 400, podczas gdy liczba maszerujących akowców przekraczała półtora tysiąca. W starciu z bliska zapewne zdołalibyśmy pokonać przeciwnika.

Do starcia jednak nie doszło, bo Rosjanie nas wyprzedzili i pojechali wprost do Rudnik, a polska kolumna skręciła na południe i po przejściu w bród Mereczanki zmierzała do najtrudniej dostępnych bagnistych lub porosłych pierwotnym lasem obszarów puszczy. Rosjanie próbowali nas później zatrzymać na leśnym dukcie jeszcze przed rojstami przy jeziorze Kiernowo, lecz po ultimatum majora KOTWICZA zawrócili.

W ciągu wieczora 18 lipca wszystkie oddziały 77 pp. AK zgromadzone w Puszczy Rudnickiej rozlokowały się wśród bagien (zwanych „polskimi wyspami” od czasu gdy ukrywali się tu powstańcy 1863 roku) a nasi dowódcy próbowali znaleźć wyjście z sytuacji.

Pogodne i gorące dni 19. i 20. lipca upłynęły nam na gorączkowych rozmowach o możliwościach odwetu na sowietach za zdradzieckie postępowanie wobec Polski. Poluźnienie dyscypliny wojskowej umożliwiło mi spotkania z żołnierzami różnych batalionów, wcześniejszymi kolegami ze szkół i sąsiedztwa w Lidzie. Utkwiła mi w pamięci rozmowa z Władkiem Sperskim, rówieśnikiem i sąsiadem z jednego podwórka, który zginął miesiąc później pod Surkontami w grupie bojowej KOTWICZA.

Z tych dni moja pamięć trwale zanotowała następujące okoliczności:

  • cała nasza III kompania V batalionu łatwo mieściła się w ukryciu pod wykrotem ogromnego świerka i nie wypatrzył jej żaden z sowieckich „kukuruźników”, czyli zwiadowczych samolotów U2, które nieustannie kręciły się nad nami;
  • jako jedyną żywność mieliśmy wędzoną słoninę i cukier, a woda była wprawdzie dostępna tuż pod mszystą powierzchnią, lecz jej bagienny smak i zapach był trudny do zniesienia. Zapach był tak trwały, że jeszcze przez kilka lat po wojnie wojłokowy pokrowiec mojej manierki zachował go mimo prania.

Po decyzji dowództwa Okręgu Nowogródzkiego AK o rozformowaniu oddziałów większość z takim trudem zdobytej broni zakopaliśmy w wielkich dołach pod charakterystycznymi drzewami. Najlepszą i najbardziej poręczną broń (czeskie rkm-y, pm-y, karabiny samopowtarzalne, pistolety, granaty) przejęły samorzutnie tworzące się grupy bojowe, zdecydowane na walkę partyzancką lub dywersję wobec sowietów.

Jedną z takich grup stworzył dowódca mojego plutonu ppor. JERZY (Jerzy Taper). Wstąpiłem do niej wraz z ośmioma innymi kolegami z plutonu. JERZY  zdecydował że nie wyruszymy (jak większość grup) w stronę Warszawy, lecz skierujemy się początkowo na wschód od linii Wilno – Lida, ukryjemy się na pierwszy okres przyfrontowego nagromadzenia wojsk sowieckich, a następnie będziemy prowadzić dywersję na swym macierzystym terenie.

W mundurach i pełnym uzbrojeniu wyszliśmy nocą 22/23 lipca z puszczy nieco na wschód od zwęglonych zabudowań wsi Koniuchy (spalonej przez partyzantów sowieckich pół roku wcześniej) i po dalszych 3 km marszu ukryliśmy się w nieukończonym, nowym domu w kolonii Posolcz. Jak się okazało o 200 m od stacjonujących Rosjan. Rosjanie wynieśli się popołudniu i wtedy udało się nam ugasić pragnienie gorącym mlekiem ofiarowanym przez, obserwującą nas od rana, sąsiadkę.

Następnej nocy przeszliśmy 20 km na wschód do wsi Lepie Wielkie do zaprzyjaźnionego sołtysa.

Przez kilka następnych dni odpoczywaliśmy, a JERZY korzystając z pomocy swego brata, miejscowego księdza organizował w okolicy siatkę konspiracyjną.

Powrót do domu

W niedzielę 30 lipca na kwaterze w Lepiach doszła do mnie wiadomość, że w odległym o 8 km kościele w Bieniakoniach odbyła się msza żałobna za moją duszę z udziałem moich Rodziców. Do domu rodzinnego w Jodkiszkach z Lepi było zaledwie 12 km więc za zgodą JERZEGO przebrałem się w cywilny strój poszedłem jeszcze tegoż wieczora do Rodziców.  Można sobie wyobrazić zamieszanie jakie wywołałem przychodząc do domu po zmierzchu. Okazało się że jeden z moich kolegów III kompanii był u nas w domu przed tygodniem jako rzekomy naoczny świadek mojej śmierci pod Wilnem, choć  w rzeczywistości nie uczestniczył w tej akcji. Nie chcę nawet wymieniać go z nazwiska.

W Jodkiszkach skontaktowałem się z kolegami z placówki z okresu okupacji niemieckiej. Okazało się iż wszyscy wrócili spod Wilna do domów i powstaje tu zalążek nowej organizacji podziemnej pod wypróbowanym kierownictwem por. LICHO (Stanisława Szabuni), dowódcy II kompanii w V batalionie. Włączyłem się do tej placówki i w ten sposób rozpocząłem nowy rozdział swoich wojennych losów.

Przegląd V batalionu 77 pp. AK w dniu 2 lipca 1944 r. pod Raściunami. Jadą konno: Dowódca połączonych okręgów AK Wilno i Nowogródek płk Aleksander Krzyżanowski WILK i dowódca batalionu mjr Stanisław Truszkowski SZTREMER

Trzecia kompania V batalionu na przeglądzie 2 lipca 1944 r. Czwarty w pierwszym szeregu kpr. GROM – autor wspomnień

Rozmowa po przeglądzie V batalionu 77 pp. AK w dniu 2 lipca 1944 r. pod Raściunami  – stoją od lewej: ustępujący Dowódca Okręgu Nowogródzkiego AK ppłk Janusz Szlaski BORSUK, nowy  Dowódca Okręgu Nowogródzkiego AK „cichociemny” ppłk Adam Szydłowski POLESZUK, Dowódca Połączonych Okręgów Wilno i Nowogródek płk Aleksander Krzyżanowski WILK. Zasłonięty jest postacią WILKA ustępujący Dowódca V baonu 77 pułku AK mjr Stanisław Truszkowski SZTREMER

 Drużyna zwiadu kolarskiego V baonu 77 pułku AK po przeglądzie w dniu 2 lipca 1944 r. pod Raściunami

Trasa V bat. 77. pp w 1944 r

Miejsca postoju oddziałów polskich i sowieckich

Autor wspomnień w lipcu 2014 r. na tle zabudowań wsi Raściuny: dom po lewej siedziba dowództwa V batalionu,

dom po prawej kwatera 3 plutonu 3 komp. w której służył autor.